Forum
 

Narodziny legendy

Prawie dokładnie pół wieku temu piłkarze Górnika Zabrze po raz pierwszy wywalczyli tytuł mistrza Polski. Ten moment można śmiało uznać za narodziny wielkiej legendy polskiego futbolu. Jakie były premie za wywalczenie historycznego sukcesu? Część zawodników otrzymała po... telewizorze. 

Było dwanaście lat po wojnie, rok po dramatycznych wydarzeniach w Poznaniu. Józef Stalin nie żył od czterech lat. Dla Górnika Zabrze był to dopiero drugi sezon w ekstraklasie. Ten pierwszy skończył na szóstym miejscu. Rok 1957 okazał się dla klubu pierwszym z wielkich. 1 grudnia po pokonaniu 8:1 Odry Opole zabrzanie wywalczyli mistrzostwo Polski. Rodziła się legenda.

Powrót Pohla
- Jak się wtedy żyło w Zabrzu? Biednie, ale byliśmy młodzi, więc dla nas były to piękne czasy - wspomina Jan Kowalski. W pamiętnym roku mistrzostwa jeszcze nie zdobył, choć poznał sam szatni. 20-latek trafił na krótki czas do drużyny podczas gier kontrolnych. - Chodziłem na wszystkie mecze, a mistrzowski sezon zaczął się wspaniale. Górnik na wyjeździe wygrał z Legią, wtedy najlepszą drużyną w Polsce. Nie było telewizji. Człowiek czytał "Sport" i inne gazety, by czegokolwiek się dowiedzieć.
31 marca zabrzanie ograli Legię na Łazienkowskiej. Bramki strzelili Henryk Czech i Roman Lentner, mecz oglądało 40 tys. ludzi, jednak wydarzeniem dnia była gra w drużynie z Roosevelta dwóch innych piłkarzy. Ernesta Pohla i Edmunda Kowala. Obaj dwaj wcześniejsze sezony spędzili w Legii, zdobywając z nią po dwa mistrzostwa i Puchary Polski. Byli gwiazdami polskiej piłki. Pochodzili jednak ze Śląska. Pohl z Rudy Śląskiej, Kowal z Bytomia. Do Legii poszło odsłużyć wojsko. - Na ulicach Zabrza to był wtedy temat dnia. Byli gwiazdami, mieli propozycje pozostania w Warszawie, podobnie jak Lucek Brychczy, ale ciągnęło ich na Śląsk. Stali się naszymi bohaterami - wspomina Kowalski... - Gdybym miał wskazać największych graczy drużyny pierwszego mistrzostwa, wymieniłbym trzech. Ernesta, Edka Jankowskiego i właśnie "Epi" Kowala. Ernest był wielki, ale grał inną piłkę. Kowal był technicznie najlepszy. Nie było w polskiej piłce tamtych i wielu późniejszych lat takiego zawodnika. Z lepszym nigdy później nie grałem - wspomina Kowalski starszego kolegę.

Dramat Kowala
Kowal zginął tragicznie w kwietniu 1960 roku. Miał 29 lat. To chyba najbardziej tragiczna śmierć czynnego, wybitnego piłkarza w historii polskiego futbolu. Zbliżały się święta wielkanocne, liga miała za sobą trzy rozegrane mecze... - Byliśmy wtedy w kadrze, szczegóły jego śmierci poznaliśmy po powrocie. Miał problemy osobiste, ale jego śmierć to tragiczny zbieg okoliczności. Wypadł z tramwaju, w kieszeni miał butelkę. Wino, wódka... Nie ma to żadnego znaczenia. Kiedy się przewrócił, rozbita butelka przebiła nerkę. Wieźli go do szpitala w Poznaniu, ale nie było ratunku.
22 kwietnia Kowal zmarł, a na jego pogrzeb przyszło tysiące zabrzan. - Pochowany został na cmentarzu parafii św. Józefa, ledwie kilkaset metrów od stadionu - dodaje Kowalski. Pohl z kolei na lata stał się symbolem Górnika. Nie żyje od dwunastu lat, stadion w Zabrzu nosi dziś jego imię.
Kowalski wspomina rok 1957. - Skład potrafię do dziś wymienić jednym tchem. W bramce Machnik i Kaczmarczyk, a potem Franosz, Hajduk, Nowara, Olejnik, Pohl, Jankowski, Lentner, Czech, Floreński... "Epi" odszedł pierwszy. Olejnik jako kierownik doczekał mistrzostwa w 1985 roku i wkrótce zmarł. Nie ma Jankowskiego, Pohla i Kaczmarczyka. Kilku kolegów mieszka w Niemczech. Stefan Floreński ma z nimi kontakt. Nie dzwoni, więc pewnie żyją sobie spokojnie na emeryturze - Jan Kowalski w lutym tego roku skończył 70 lat.
Kowal to jeden dramat pierwszej mistrzowskiej drużyny Górnika. Drugi? Józef Kaczmarczyk. - Nie znaliśmy szczegółów, ale czasy były podłe. Ponoć głośno wypowiedział się na tematy polityczne, ktoś go zadenuncjował, skazano Józka na dwa lata więzienia za wrogą postawę wobec Polski Ludowej. Siedział w więzieniu, potem praktycznie nie miał z klubem kontaktu, choć mieszkał w Zabrzu. Zrobiono mu krzywdę, czuł w sobie urazę - wspomina czasy sprzed lat Kowalski.

Skarpetki w ustach
W Górniku grali praktycznie sami Ślązacy. Większość pochodziła z Zabrza, kilku z Rudy Śląskiej, Bytomia, Świętochłowic... - Ernest przepowiedział, że jak Górnik przestanie być śląski to się skończy. Miał sporo racji. Wszyscy pochodziliśmy z robotniczych rodzin, raczej biednych, każdy był wychowywany w górniczej tradycji. Dopiero Staszek Oślizło był pierwszym piłkarzem mającym zamożniejszych rodziców. Nie było samochodów, piłkarze na treningi jeździli autobusami i tramwajami. To była satysfakcja, iść ulicą obok takiego Ernesta, kiedy wracał z treningu, albo jechać w tramwaju obok Lentnera - dodaje Kowalski.
Historia spowodowała, że niemal wszyscy gracze Górnika byli dwujęzyczni. dlatego bez problemu porozumiewali się z węgierskim trenerem Zoltanem Opatą, który mówił po niemiecku. - To prawda. Ja do 1946 roku nie potrafiłem mówić po polsku. Tylko po niemiecki. Co dopiero starsi piłkarze, wychowani w przedwojennym, niemieckim Zabrzu. Byliśmy Ślązakami - dodaje Kowalski, wspominając rewanżowy mecz z Legią. - Miałem 20 lat, ale nie zapomnę tego do śmierci. Górnik przegrywał 0:2, ale jeszcze przed przerwą wyprowadził na 3:2. Na Stadionie Śląskim było chyba 80 tys. ludzi. Przede mną siedział mężczyzna, który tak się denerwował, że zdjął buty i skarpety. Te ostatnie wziął w zęby i gryzł do końca meczu. Legia atakowała całą drugą połowę, ale nie wyrównała.
Od tego meczu Górnik do końca nie przegrał spotkania. Tytuł świętował po wygranej 8:1 z Odrą. Pohl strzelił cztery gole.

Rozrywka w krzakach
- Oni wszyscy pracowali w kopalniach, mniej więcej do 13:00. Olejnik i Pohl na "Zabrzu", Floreński i Hajduk na "Sośnicy", Ernest był szybowym na "Maciejowie". Ze mną było podobnie. Jak była porażka, to dyrektorzy po telefonach z ministerstwa wzywali nas na dywanik. Znało się jednak kibiców, to koledzy ze zmiany przychodzili na mecze. Rozrywka? Jaka rozrywka... Około kilometra od stadionu była taka piwiarnia "Czarny Diament". Tam starsi chodzili na piwo. Generalnie nie było pieniędzy, więc od czasu do czasu w monopolowym obok stadionu kupowało się "ćwiartkę" i szło w... krzaki. To nie pomyłka. Starsi siadali na trawce w zacisznym miejscu, wypijali po szklance i szli do domów. Młodzi mogli tylko patrzeć. Większość mieszkała w Zabrzu, nawet z rodzicami. Kilka dostało mieszkania, na przykład Pohl 500 metrów od stadiony. A nagroda za mistrzostwo? W 1957 roku był to telewizor, ale tez nie dla każdego. Dwa lata później dostaliśmy już materiał na ubranie, porządny materiał, o jakim inni mogli tylko marzyć. Stadion? Nie było budynku klubowego, po treningu myliśmy się w wiadrach z ciepłą wodą. Szatnie mieliśmy na górze, pod trybuną główną. Profesjonalizm zaczął się w czasach prezesa Wyry, ale to już nieco inne czasy... - kończy Jan Kowalski.

źródło: Sport



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online