Tamten wspaniały kwiecień 1970...

To był najlepszy miesiąc w całej historii polskiej piłki klubowej. Czterdzieści lat temu Górnik Zabrze grał trzy mecze z Romą oraz finał Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City.
Włodzimierz Lubański miał wtedy 23 lata, Zygfryd Szołtysik 28, a Hubert Kostka zbliżał się do trzydziestki. W tych dniach mija czterdzieści lat od kwietniowych wydarzeń 1970 roku, które na zawsze zmieniły obraz polskiej piłki nożnej i już nigdy - w klubowym wydaniu - się nie powtórzyły.

Co było przedtem? Niewiele. Jeden start reprezentacji w mistrzostwach świata, ale jeszcze przed wojną, pamiętny mecz ze Związkiem Radzieckim w 1957 roku. Co było potem? Niemal wszystko, co najpiękniejsze w polskiej piłce. Medale olimpijskie, medale mistrzostw świata... - Moja drużyna na pewno nie odniosłaby takich sukcesów gdyby nie ogromne doświadczenie pucharowe graczy Górnika i Legii. Od nich zaczęły się dobre lata naszego futbolu - mawiał często Kazimierz Górski.

Loska przynosiła szczęście
Wymienione na wstępie nazwiska przeszły do historii. Z drugiej strony, choć minęło czterdzieści lat, wielu starszych kibiców do dziś wymieni całą jedenastkę Górnika z przełomu lat 60. i 70. - Pamiętam, że wtedy każda dziewczyna kochała się w Lubańskim i Banasiu. Kiedy Górnik grał wielkie mecze, przed telewizorami siadali wszyscy. Także kobiety. To było coś, czego wcześniej nie znaliśmy. Dziś trudno uwierzyć, że cały kraj siada przed telewizorem i trzyma kciuki za jeden klub. Wtedy tak się działo - przyznała Grażyna Torbicka, której mama, Krystyna Loska zapowiadała wszystkie mecze zabrzan. Ponoć przynosiła im szczęście.
Sezon pucharowy 1969/70 od początku był dla Górnika udany. Najpierw zabrzanie wyeliminowali Olympiakos Pireus. W kraju wygrali 5:0, a Erwin Wilczek potrzebował 60 sekund, by strzelić pierwszą bramkę. Potem dwa razy Górnik był lepszy od Glasgow Rangers. Wygrywał po 3:1. W ćwierćfinale czekała drużyna Lewskiego Sofia, a bułgarski futbol był wtedy ceniony bardziej od polskiego. Na wyjeździe było 3:2 dla Bułgarów, ale Lubański i Jan Banaś zapewnili awans do półfinału. Działo się to w marcu. W tym samym czasie doskonale w Pucharze Europy radziła sobie Legia i w kwietniu dwie polskie drużyny grały w półfinałach europejskich rozgrywek.

Helenio jak Mourinho
- Mecze z Romą? Na pewno dla nas wszystkich bardziej pamiętne niż sam finał. Nie dość, że wygrane, to jeszcze po tak dramatycznych meczach, jakich chyba już potem polska piłka klubowa nie miała okazji przeżyć - wspomina Stanisław Oślizło. Romę prowadził wtedy Helenio Herrera. Nazywany "magiem futbolu" Argentyńczyk 40 lat temu był kimś takim, jak dzisiaj Jose Mourinho połączony z Louisem van Gaalem. Kiedy przyjechał oglądać Górnika w meczu ligowym, wysiedział na trybunach 50 minut. Powiedział, że o zespole rywala wie już wszystko.
Zaczęło się w Rzymie. Górnik grał bardzo dobre spotkanie, zremisował 1:1, gola strzelił Banaś. Zabrzanom nie przeszkadzało, że nie mogli trenować na głównej murawie, a trening odbyli na skwerze przy hotelu. Przed rewanżem to Górnik był uznawany za faworyta... - Atmosfera tamtego meczu była nieprawdopodobna. Bilety chciało kupić ponad 200 tysięcy ludzi, przyjeżdziały autokary z całej Polski. Wątpię, czy tego dnia był ktoś, kto nie trzymał za nas kciuków - dodaje Oślizło, który wyprowadził zespół na środek murawy Stadionu Śląskiego, wypełnionego 100 tysiącami kibiców.

Myśleli, że odpadli
Prowadziła jednak drużyna z Rzymu, kiedy arbiter podyktował jedenastkę dla zabrzan. Włodzimierz Lubański wyrównał w 90 minucie. W dogrywce strzelił drugą bramkę, ale Włosi raz jeszcze pokonali Huberta Kostkę. Po ostatnim gwizdku arbiter powiedział, że Górnik odpadł z rywalizacji, a kibice ze spuszczonymi głowami wychodzili ze stadionu. - Nam też się to udzieliło. Dopiero po czasie ktoś przytomny powiedział, że bramki strzelone w dogrywce nie liczą się podwójnie, taki obowiązywał wówczas przepis. Trzeba było grać po raz trzeci - wspomina Oślizło.
Jeżeli dziś słyszymy określenia "pucharowa środa", "pucharowa gorączka", to narodziły się one nad Wisłą w 1970 roku, przy okazji tych spotkań. Trzeci mecz w Strasburgu miał jeszcze większą dramaturgię. - Był faktycznie niezapomniany. Graliśmy lepszą piłkę od Romy i chyba los, który o wszystkim decydował, akurat tego dnia pomógł drużynie lepszej - mówi Włodzimierz Lubański, który w lidze grał już siedem lat, był gwiazdą reprezentacji, ale w tych dniach stał się najpopularniejszym Polakiem. - Kim byłem wtedy na podwórku? Oczywiście, że Włodkiem. Każdy chciał nim być, lub był. Dziś żaden piłkarz nawet nie może pomarzyć o popularności, jaką on cieszył się 40 lat temu - przyznał kiedyś Zbigniew Boniek.

Zielona fortuna
Aleksander Kwaśniewski przyznał, że jego pierwszą miłością w sporcie był Górnik Zabrze. - Kiedy poznałem Włodka Lubańskiego, był to dla mnie zaszczyt - zwierzał się były prezydent Rzeczpospolitej. Zbigniew Religa, zadeklarowany kibic Górnika wspominał: - Mecze z Romą oglądałem w telewizji. Każdy kto miał telewizor, przed nim siedział. To nie przypadek, że właśnie w Zabrzu zaczęliśmy przeszczepy serca - śmiał się nieodżałowany profesor.
We Francji Lubański strzelił piękną bramkę z ponad 20 metrów. Włosi też trafili raz. Nie było wtedy rzutów karnych, więc o wszystkim decydował los. - Do wyboru miałem kolor czerwony i zielony. Ten drugi kojarzył się lepiej i zawsze jest kojarzony z nadzieją - kulisy najbardziej denerwujących minut wspomina kapitan drużyny z Zabrza. - Co wtedy robiłem? Poszedłem do szatni, to nie było na moje nerwy. Wielu chłopaków postąpiło podobnie - wspomina Jerzy Gorgoń.
Wielką gwiazdą Romy był wtedy Fabio Capello, dzisiejszy trener reprezentacji Anglii. Przyznał kiedyś, że w pucharach jako piłkarz i trener nigdy nie uczestniczył w tak długim i dramatycznym meczu. Mecz w telewizji komentował Jan Ciszewski. Kiedy Oślizło uniósł do góry rękę, krzyknął "Górnik! Polska!"

Przedwczesna euforia
W Pyrzowicach na lotnisku było kilka tysięcy kibiców. Legia przegrała z Feyenoordem Rotterdam i było wiadomo, że Górnik przeszedł do historii jako pierwszy polski finalistta pucharów. Pierwszy i jedyny.
Trzeci mecz został rozegrany 22 kwietnia. Finał grano już tydzień później w Wiedniu. Czekał tam na zabrzan Manchester City, który wyeliminował Schalke 04. Czy awans Górnika był niespodzianką? Nie. Dziś trudno w to uwierzyć, ale w przedmeczowych sondach przed półfinałem większość fachowców wyżej oceniała szanse Górnika, tak w meczach z Romą, jak i Manchesterem. Dwa lata wcześniej zabrzanie potrafili wygrać z Manchesterem United, w pucharach grali bardzo dobre mecze od blisko dekady, choć bez awansu ponad szczebel ćwierćfinału. Górnik regularnie jeździł do Ameryki Południowej, był najlepiej zorganizowanym klubem w Polsce. - Tak, to był wtedy zawodowy klub w najlepszym tego słowa znaczeniu - twierdzi Lubański.
Finał to ogromny niedosyt. Mieliśmy mało czasu na przygotowanie. Po meczu z Romą zapanowała taka euforia, jakbyśmy wygrali Puchar Europy. Nam też się udzieliła. Nie było dobrej koncentracji, sami podświadomie czuliśmy, że zadanie zostało już wykonane. To był wielki błąd, a nie zabranie do Austrii żon - wspomina raz jeszcze S. Oślizło.

Smutny finał
Trenerem Górnika był od meczów z Lewskim Michał Matyas, który zastąpił wielkiego Gezę Kaloscaya, tak naprawdę twórcę tej drużyny. - Trener Matyas ustawił nas źle. Bardzo defensywnie, a my wtedy byliśmy stworzeni do gry do przodu. Dopiero po przerwie zmienił taktykę, ale było już za późno - wspomina Oślizło, który strzelił gola na 1:2. - Obiektywnie, nie graliśmy wtedy wielkiego meczu. Niby najważniejszy w historii klubu i polskiej piłki klubowej, ale nieudany. Janek Banaś miał szansę na wyrównanie, ale nie wyszło. Żal, bo City nie było wielkim zespołem. Wygrywaliśmy wtedy z lepszymi. Puchar był naprawdę na wyciągnięcie ręki - dodaje Lubański.
Rok później zabrzanie ograli City w Chorzowie 2:0. Mecz miał smutną oprawę. Padał deszcz, na ogromny stadion przyszło 3-4 tysiące ludzi, było kilka autokarów z Polski, głównie partyjnych notabli. Górnicy, grający w białych strojach, dostali po meczu plakietki, a z rywalem spotkali się na kolacji i wrócili do domu. Przed meczem nikt nie zrobił nawet wspólnej fotografii. I pewnie nikt wtedy nie przypuszczał, że był to szczytowy moment Górnika i całej polskiej piłki klubowej. Tak narodziła się legenda.

* * *

Niezmienna tęsknota
Mecz się skończył. Idziemy koroną Stadionu Śląskiego w kierunku wyjścia. Stłamszeni duchem i ciałem. Toczą się niemrawe dyskusje o tym, jak zmarnowana została szansa na finał. Włącza się ktoś z boku: - A co! "Sportu" nie czytaliście? Przecież bramki w dogrywce nie liczą się podwójnie! Będzie trzeci mecz! Rozmowy natychmiast wchodzą na inny pułap. Emocji i w ogóle...

Tego wspomnienia nic nie zatrze. Tego wyniku 2-2, tego karnego na 1-1 strzelonego przez Włodka Lubańskiego w samej końcówce regulaminowego czasu, jeszcze jednej bramki „Lubusia” (jak go wtedy nazywaliśmy) na 2-1, no i strzału rozpaczy Scarattiego na 2-2. I wspomnianego na wstępie stanu ducha – od rozpaczy do euforii, choć rywalizacja jeszcze się nie kończyła. Trzeci mecz w Strasburgu i wieńczące go losowanie były tylko dopełnieniem dramatu, który towarzyszył dwóm poprzednim.

Górnik Zabrze w 1970 roku nie był wyłącznie klubem sportowym, był zjawiskiem społecznym, oknem na świat, pociechą i ukojeniem w socjalistycznej szaroburej, smutnej rzeczywistości. Jak bardzo smutnej? Wystarczy odwołać się do tegoż 1970 roku, do grudnia, do wydarzeń na Wybrzeżu, do kilkudziesięciu śmiertelnych ofiar „obrony wartości socjalistycznych”.

Upraszczając, sport – a piłka nożna zwłaszcza – był wtedy odskocznią od poczucia biedy, zamknięcia, izolacji. I czymś w rodzaju leku na poczucie niższości wobec zachodniego świata. Być może to przy okazji meczów Górnika z Romą w głowie Edwarda Gierka (któż zaprzeczy, że kibica), który objął władzę po tragedii na Wybrzeżu, urodziło się hasło „Polak potrafi”, tak wszechobecne w pierwszej dekadzie lat 70. wsparte złotym medalem olimpijskim piłkarzy w 1972 roku i trzecim miejscem na świecie w 1974.

Górnik zaspokajał, ale i zarazem rozbudzał tęsknoty. Za sukcesem, za dorównaniem zachodowi, za jego dostatkiem, za jego wolnością i kolorem. Dziś większości tego typu potrzeb nie odczuwamy, bo i świat stał się mniejszy, i granice stoją otworem, i poczucie biedy jakby mniej dotkliwe. Ale jedno się nie zmieniło – mianowicie tęsknota za wielkim sportowym przeżyciem. Takim, jakiego doświadczali wszyscy, którym było dane oglądać Górnika 40 lat temu.

źródło: Sport



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2020 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera]