Forum
 

U Nawałki ma być ból, pot i krew

Adam Nawałka: Dyktator nie znoszący sprzeciwu, maniak porządku i dyscypliny, który każdego wychylającego się piłkarza, bez mrugnięcia okiem usunie z drużyny. Bronią go wyniki.
Trener nie patrzył w ich kierunku. Był daleko, zajęty rozmową. Trwała rozgrzewka. Piłkarze Jagiellonii musieli zrobić wślizg i wystartować do piłki. Łukaszowi Nawotczyńskiemu wydawało się, że jeżeli nie zrobi jednego powtórzenia świat się nie zawali. Odpuścił. Potem był mecz. A po nim trener się wściekł. Właśnie za brak tego wślizgu na rozgrzewce. Kosztowało to Nawotczyńskiego 5 tysięcy złotych kary.

Surowy pedant

W swoich drużynach Adam Nawałka kreśli jasne reguły. Ich nieprzestrzeganie kończy się karą albo wyrzuceniem z drużyny. Tyran? Dyktator? Nie obraża się za takie określenia, tylko jeszcze mocniej ściska lejce, kierujące zespołem.
Jego znajomi mówią, że gdyby mógł, to rozbiłby namiot obok boiska i spędzał tam całe dnie. Pracoholik. Asystenci Nawałki nazywają go perfekcjonistą. We współpracy nie jest łatwy - wymagający i surowy. Po meczach w Zabrzu zbiera sztab w pokoju i przez kilka godzin analizują dopiero co zakończone spotkanie. Andrzej Iwan, przyjaciel Nawałki z czasów gry w Wiśle Kraków, a potem jego asystent, nie wie, czy zdecydowałby się jeszcze z nim pracować. - Raczej nie. Lubię bawić się z wnukami, wyjść z psem na spacer. Przy tempie pracy Adama byłoby o to trudno - drapie się po głowie Iwan.

Telefon od prezesa

Nawałka w ciągu dwóch i pół roku w Górniku zdobył władzę absolutną. Według Łukasza Mazura, byłego szefa tego klubu, stał się ważniejszy niż prezes. - W obecności piłkarzy zjechał jak gówniarza mojego następcę, Tomasza Młynarczyka. On się tam czuje naprawdę mocny - uważa Mazur. Żaden z trenerów w ekstraklasie nie ma takiego komfortu jak Nawałka, pewności, że dwie czy trzy porażki z rzędu nie zmiotą go z posady. Zawdzięcza to silnej pozycji u prezydent Zabrza, Małgorzaty Mański-Szulik, bez której zgody, w klubie nie może zostać podjęta żadna strategiczna decyzja.
Ale Nawałka ma też swoich przeciwników, jednym z nich jest Mazur. Pracowali ze sobą ponad rok i nie można mówić o symbiozie. Mazur zarzuca trenerowi brak lojalności wobec zarządu. - Pamiętam naszą rozmowę po przyjściu Roberta Je;a. W skali Górnika ten transfer był wydarzeniem. Cztery dni później graliśmy z Bełchatowem, zastanawiałem się, czy nie powinien być w meczowej osiemnastce. Chodziło o podtrzymanie zainteresowania kibiców tym zawodnikiem. Kilka minut po wyjściu Nawałki zadzwonił Michael Mueller, przewodniczący Rady Nadzorczej Górnika. Pytał, dlaczego wywieram presję na trenerze. Tak działa Nawałka, na zewnątrz klubu stawia się w roli ostatniego sprawiedliwego, walczącego ze wszystkimi wokół - wspomina Mazur.

Zgniłe jabłka

Próba sił między prezesem a trenerem trwała trzynaście miesięcy. Ostatecznie to szkoleniowiec został w klubie, a odejść musiał Mazur. Teraz z oddali krytykuje Nawałkę. Zarzuca mu, że wykarczował Górnika z indywidualności. - Nie lubi piłkarzy, którzy mają wpływ na drużynę w szatni, tę rolę zarezerwował tylko dla siebie - Mazur wymienia Jeza, Mariusza Jopa, Adama Banasia, czy Michala Gasparika, którzy według niego musieli odejść, bo Nawałka bał się ich pozycji w zespole.
- Dawno nie słyszałem tak niepoważnej wypowiedzi - odpowiada trener Górnika. - Mazur wymienia Jeża, a nie wie, jaką walkę stoczyłem, żeby został w zespole. Był jego opoką, przy nim mieli dojrzewać młodsi zawodnicy. Nie udało się.
Nawałka tłumaczy, że nie czuje niechęci do charyzmatycznych piłkarzy. - Uwielbiam takich, pod warunkiem, że chcą pracować. Ich charakter nie może objawiać się tylko tym, że najgłośniej narzekają. Tacy rozbijają zespół i trzeba ich odrzucić, jak zgniłe jabłka z koszyka, żeby nie zatruły pozostałych - wyjaśnia swój pomysł na drużynę.

Zgoda na szybkie picie

Nawet niechętny trenerowi Mazur, podkreśla, że docenia dbałość Nawałki o szczegóły. To pedant, eliminujący ze swoich treningów przypadek. Zajęcia u niego mogą trwać i trzy godziny, ale każdy ruch piłkarza jest rozpisany. Szkoleniowiec decyduje nawet, kiedy zawodnicy mogą się napić. Masażyści wiedzą kiedy muszą podać bidony. Piłkarze po otrzymaniu zgody na picie, biegną truchtem do bocznej linii, żeby nie stracić nawet sekundy z wyznaczonego planu. Grzegorz Bonin po transferze do Polonii Warszawa był tak przyzwyczajony do tych zasad, że kiedy jego nowi koledzy spokojnie schodzili się napić, jako jedyny biegł do bidonów, co reszta obserwowała ze zdziwieniem.
- Z jego treningów pamiętam tysiące powtórzeń jakichś zagrań, chciał wypracować automatyzm. Jaki jest sekret dobrej gry Górnika? W tym zespole nie ma przywiązania do pozycji. Obrońca często dubluje napastnika, a grając w ataku ma się zachowywać dokładanie tak jak atakujący. Nawałka każe to ćwiczyć do znudzenia - mówi Przemysław Kulig, który grał u niego w Jagiellonii i Górniku.
U 54-latka każde odstępstwo grozi wybuchem. - Prowadząc Wisłę przegraliśmy z Polonią, po golu w doliczonym czasie gry - wspomina Iwan. - Piłkarze byli wściekli. Po każdym meczu mieliśmy obowiązkowe rozbieganie, ale chłopaki nie chcieli już wychodzić na boisko. Radek Kałużny poprosił, żebyśmy odpuścili. Adam był akurat na konferencji prasowej. Zgodziłem się. Kiedy zobaczył piłkarzy siedzących w autokarze, to tak mnie zj...ł, że nasze kilkudziesięcioletnia znajomość przestała mieć znaczenie.

Bluza na korytarzu

Nawałka ma obsesję na punkcie porządku i zasad, nie toleruje głupich zachowań. Kulig pamięta mecz Jagiellonii z Radomiakiem, w którym po strzeleniu drugiego gola dla białostoczan, z radości zdjął koszulkę. Obejrzał za to żółtą kartkę, drugą w meczu i musiał zejść z boiska. Osłabieni goście stracili dwa gole i zremisowali. Za swoją niefrasobliwość Kulig zapłacił 5 tysięcy złotych. - To było więcej, niż zarabiałem miesięcznie. Zabolało mnie, prosiłem trenera, żeby zmniejszył karę. Bez szans. Dziś rozumiem, że musiał tak zrobić - opowiada Kulig. To nie jedyny raz, kiedy obrońca wspomógł budżet Jagiellonii. Na zgrupowaniu kolega wyrzucił jego klubową bluzę z pokoju masażystów. Miał być głupi żart, ale akurat korytarzem przechodził Nawałka. Dowcipu nie zrozumiał - 2 tysiące złotych kary dla Kuliga.
Nawałka wymaga, ale i wspiera. Na pozór zimny i niedostępny, wie, kiedy trzeba pomóc. - Zadzwonił do mnie wieczorem i kazał oglądać mecz ligi francuskiej. Miałem przyglądać się grze obrońców, analizować, jak się poruszają. Zależało mu żebym się poprawił. Bo jak się w coś zaangażuje, to nie uznaje półśrodków - ocenia Kulig.
Iwan opowiada o konsekwencji Nawałki w eliminowaniu błędów u zawodników. - W Wiśle pracowaliśmy z Marcinem Baszczyńskim, który ocierał się już o reprezentację. Ze zdziwieniem zauważyliśmy, że on w ogóle nie potrafi kopać lewą nogą. Adam się uparł, że go nauczymy. Baszczyński zostawał po treningach 20 minut i ćwiczył tylko lewą nogą. Postęp było widoczny już po kilku tygodniach - wspomina Iwan.
Zacięcie pedagogiczne zostało Nawałce jeszcze z czasów pracy w Wiśle. Grupie nastolatków, może i zdolnych piłkarsko, ale niesfornych, przez kilka lat zastępował ojca. Do Wisły sprowadzano najzdolniejszych juniorów z kraju, którzy za kilka lat mieli zdominować pierwszy zespół. Nawałka jeździł po Polsce i wyszukiwał talenty. Znalazł braci Brożków (trzy razy był w ich domu w Górkach Szczukowskich i namawiał rodziców, żeby zgodzili się na wyjazd bliźniaków do Krakowa), Kamila Kuzerę, Pawła Strąka czy Wojciecha Kaczmarka. W Krakowie trzymał w ryzach młodzież, która była coraz bardziej ciekawa świata. - Czuliśmy przed nim respekt. Rozmawiał z nauczycielami, znał oceny. Jak wpadał do internatu, to był alarm. Kombinowaliśmy zeszyty, bo wszystko dokładnie sprawdzał - opowiada Kuzera.
Ambitnego projektu nie udało się doprowadzić do końca. Może dlatego, że w decydującym momencie, wkraczania nastolatków do seniorskiej piłki, zabrakło przy nich Nawałki. Odszedł do Zagłębia Lubin. Pozostawieni samym sobie młodzi poznawali uroki miasta, a kulminacją ich szaleństw był wypadek spowodowany przez Kuzerę. W czasie wyścigów samochodowych po ulicach Krakowa potrącił innego wiślaka, Huberta Skrzekowskiego, który musiał zakończyć karierę.
Nawałkę ciągnęło do ekstraklasy, marzył o pracy z Wisłą. Jej szefowie widzieli w nim jedynie strażaka, jak w 2001 roku, kiedy zastąpił Oresta Lenczyka i zdobył mistrzostwo Polski.
- I zrobił się kłopot. Bogusław Cupiał obiecał już pracę Frankowi Smudzie i musiał zrobić dla niego miejsce. Adam poprosił o nowych zawodników przed Ligą Mistrzów, co wykorzystał właściciel, żeby się go pozbyć. Tak było najwygodniej dla wszystkich. Adam zachował się honorowo, mógł przecież powiedzieć, że i bez wzmocnień chce pracować. Ciekawe, co wtedy zrobiłby Cupiał? - zastanawia się Iwan.
Różnica między Nawałką, wygrywającym ligę 11 lat temu, a trenerem pracującym obecnie w Górniku jest kolosalna.
- W szatni Wisły pełno było indywidualności, z trenerem mieliśmy kontakt może nie koleżeński, ale na pewno partnerski. Słyszałem, że teraz się zmienił. Pozbył się w Górniku zawodników z charyzmą, a jedyną indywidualnością jest on sam. I wyniki świadczą na jego korzyść - uważa Kamil Kosowski, były piłkarz Wisły.
Dwa miesiące spędzone w Lubinie odcisnęło piętno na jego dalszej pracy. Nawałka nauczył się, żeby nie lekceważyć tego, co dzieje się w szatni. W Zagłębiu jeszcze tego nie dostrzegał. Między piłkarzami zaczęły się tarcia, które w końcu rozsadziły zespół. Kością niezgody były zarobki nowych zawodników. Przed treningiem któryś z miejscowych piłkarzy napisał flamastrem na piłce: minus pięćdziesiąt procent. Według nich zarabiali o tyle mniej niż zaciąg Nawałki.
W Lubinie nie wszyscy grali do jednej bramki, a trenerowi nie udało się tego zmienić. Zamiast sukcesów, była dymisja po dziewiątej kolejce. Zespół zajmował przedostatnie miejsce, miał za sobą pięć porażek z rzędu.
Dla Nawałki nastały chude lata. Po Zagłębiu był epizod w Sandecjii Nowy Sącz (12. miejsce w III lidze) i rozczarowanie w Białymstoku. Nawałka miał wprowadzić Jagiellonię do ekstraklasy, ale został zwolniony po półtora roku i braku spodziewanych sukcesów. – Nie uważam tego za zmarnowany czas. Przyszedłem do Jagiellonii, kiedy była na ostatnim miejscu w tabeli, a zostawiłem ją na szóstym – broni się Nawałka
Z pracy na Podlasiu zostało jeszcze jedno wspomnienie - kilka ustawionych meczów w czasie jego rządów, za co w przyszłości Jagiellonia odpokutowała karą minus dziesięciu punktów. Nazwisko Nawałki nie pojawia się jednak w aktach prokuratury.
Po Jagiellonii wrócił jeszcze do Wisły na cztery miesiące - znów tylko jako strażak. Wydawało się jednak, że jest już na aucie. Impulsem do jego odrodzenia była współpraca z Leo Beenhakkerem w reprezentacji Polski i posada w biednym jak mysz kościelna GKS Katowice. Skupił wokół siebie drużynę. Zawodnicy przez kilka miesięcy nie dostawali pensji, ale wychodząc na boisko, ryli każdy metr boiska.

Kamień przy nodze

Ambitna gra GKS nie pozostała niezauważona. Ofertę Górnika Nawałka przyjął bez zmrużenia oka. Awansował do ekstraklasy, w której, mimo kłopotów finansowych, przez dwa sezony nie opuścił miejsca w górnej połowie tabeli.
Nawałka ma dwa oblicza. Jedno to facet z klasą, kulturalny, godzinami potrafiący rozprawiać o winie czy ukochanych Włoszech. W szatni zmienia się w choleryka.
Nie toleruje sprzeciwu, dlatego w Zabrzu nie ma już Adama Stachowiaka. Bramkarz w przerwie meczu z Koroną Kielce stanął w obronie Daniela Sikorskiego (jego też nie ma już w Zabrzu), którego trener wulgarnie zaatakował. Stachowiak w ostrych słowach odpowiedział i to był już jego koniec w Górniku. Odszedł przy najbliższej okazji.
Dziś Stachowiak nie powie złego słowa o Nawałce. - To bardzo dobry trener. Rządzi twardą ręką, ale ma do tego prawo. Kto wie, może w przyszłości jeszcze gdzieś się spotkamy - mówi bramkarz GKS Bełchatów.
U Nawałki musi być jak w wojsku. On sam jest generałem, którego rozkazów się nie kwestionuje, tylko im bezwzględnie podporządkowuje. - Wychodząc na boisko, za każdym razem miałem w głowie jego ostatnie słowa z odprawy: „Ma być ból, pot i krew". Wszystko mógł znieść, ale nie pozorantów, którzy odstawiali nogę - opowiada Kulig.
Piłkarza Nawałki grają tak, jak on trzydzieści pięć lat temu w Wiśle: twardo i nieustępliwie. - Na treningach aranżuję warunki meczowe, zawodnicy zakładają deski i jest walka. Słabszy odpada. Niechętnie widzę masażystów wbiegających na boisko. Piłka to wymiana ciosów, wygrywa silniejszy. Jeżeli zawodnik pokazuje, że coś go boli, to przeciwnik zdobywa przewagę. Trzeba się otrzepać i walczyć dalej, zamiast płakać - podnosi głos Nawałka.
Zawodnicy więc nie płaczą. Nie leżą na murawie, rzadko wołają masażystów. Wstają i grają dalej. Wiadomo, ma być ból, pot i krew.

źródło: Przegląd Sportowy



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online