Łukasz Madej: Na papierze jestem bardzo bogaty

- Problemy są, pewnie nie znikną w całości, ale wierzymy, że wszystko skończy się pozytywnie. Będzie stadion, pani prezydent się mocno zaangażowała. Nikt w klubie nie chce nas oszukać, Górnik wyjdzie na prostą, zobaczycie - mówi w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" pomocnik Górnika Łukasz Madej. 

Wyjazd Górnika Łęczna na mecz. Cała drużyna ubrana w dresy, a ty przychodzisz na zbiórkę w dżinsach, koszuli w kwiaty, pantoflach i z neseserem. Oryginał z ciebie.

Łukas Madej: - Neseserka nie było. Mam swój styl, jeżeli komuś się to nie podoba, to jego problem. Wiem, że jestem skomplikowany, że wzbudzam skrajne emocje. Na obcym stadionie kogo wyzywają? Mnie.

Wielkie ego bardziej pomogło czy przeszkodziło?

Przeszkodziło. Nie każdemu się podobało, że mam coś do powiedzenia.

Gwiazdorzyłeś?

Zdarzało się. Zawsze staram się mieć coś do powiedzenia, wyróżniać się z tłumu. To mi zaszkodziło. Znałem osoby, które robiły więcej głupot ode mnie, ale im się upiekło. Zawsze Madej był tym najgorszym. Radek Sobolewski powiedział, że dopóki mnie nie poznał, myślał, że jestem gwiazdorkiem. Zmienił zdanie w Zabrzu, podobnie miał Bartek Iwan.

„Barwna postać. Czasem jego zachowanie było śmieszne, czasem groteskowe” – mówią o tobie koledzy ze Śląska.

Barwna? Na pewno. Czy zachowanie było groteskowe? Nie zauważyłem. Na pewno jestem osobą, która chce być zawsze najważniejsza.

Na świeczniku.

Nie ukrywam tego. To mnie nakręca. Lubię, kiedy się o mnie mówi, pisze.

Nadal mówisz o sobie „pan piłkarz”?

Żartowało się tak. Pan piłkarz w takim sensie, że nigdy nie czułem się gorszy od innych. Z piłką byłem bardzo mocny, jestem tego świadomy. A w żartach podbudowywało się to swoje wybujałe ego… Lubię być doceniony, na piedestale. Mówiąc „pan piłkarz” nikogo przecież nie obraziłem, a sam się chyba nie wywyższyłem.

Mariusza Pawelca nazywałeś w Śląsku „Pan wślizg”.

Tak sobie docinaliśmy. Śmiałem się, że Mariusz zrobił więcej wślizgów niż Maldini rozegrał meczów w Milanie. Reagował z humorem, wiedział, że bozia nie dała mu wielkiego talentu i do wszystkiego musiał dojść pracą.

Ty nie byłeś tytanem pracy.

Zabrakło mi świadomości. Gdybym kiedyś miał takie podejście, jak teraz… Zwykle ktoś doprowadzał mnie do pewnego momentu, a potem… Nie to, że wariowałem, ale nie potrafiono wskazać mi odpowiedniej drogi.

Gdzie byli trenerzy?

Nie chciałem ich słuchać. Myślałem, że na talencie daleko zajadę.

I gdzie zajechałeś?
Talent jest ważny, ale podkreślam, że ważniejsze jest szczęście. Wielu słabszych zawodników ode mnie porobiło kariery.

Kto?

Sami wiecie, jacy zawodnicy przychodzili do czołowych polskich klubów. Nigdy na to nie zasługiwali. Brakowało mi szczęścia, żeby trafić do Legii albo Wisły. Wszystko w życiu dzieje się po coś. Widocznie nie było mi dane to, żeby być wyżej, ale może będę miał fart, jak skończę grać. Dawno powinienem też występować jako ofensywny pomocnik, często to powtarzałem.

W Górniku w końcu posłuchali. Zmienili panu pozycję, jak kiedyś w Legii Miroslavovi Radoviciowi.

Wszyscy mówili: Madej to najlepiej by stał na boisku i nie wracał pod swoją bramkę. Nie, zawsze mówiłem, od juniora, że powinienem grać w środku pola. W juniorach tak było. Gdy jestem bliżej bramki rywala, czuję się jak ryba w wodzie. Przez lata wierzyłem, że znajdzie się jeszcze trener, który mnie tam ustawi. I znalazł się.

Który trener?

Jak to który?

Józef Dankowski czy Robert Warzycha cię przestawił?

Trener Dankowski i trener Warzycha. Wcześniej Adam Nawałka ustawiał mnie tak na treningach, ale nie zdecydował się zrobić tego w meczu.

Nie przeszkadza wam to, że Warzychy nie ma na ławce w czasie meczów?

Gdyby nie było, wyników, to pewnie ktoś i do tego by się przyczepił. Nie, nie przeszkadza.

Jaki styl ci bardziej pasuje: koszary u Nawałki czy obecny – luźniejszy, amerykański?

Gdybym miał naście lat, to na ten pierwszy bym marudził. Do wszystkiego da się przyzwyczaić. Zbyt późno spotkałem trenera Nawałkę, sam też tego żałował. Popracowałem u niego nad siłą, gdybym trafił na taką osobę dziesięć lat temu, może rozmawialibyśmy teraz w Dortmundzie. Niektórzy eksperci Canal+ mówili o mnie: ten wielki talent rozmienia się na drobne. Przesadzili, mnie to raziło, dlatego nie podaję im ręki. To jak w życiu, jak się rozwodzisz, to nie jest wina jednej osoby, tylko dwóch. Skoro nie zrobiłem takiej kariery, jaką powinienem, to nie jest to wina tylko trenerów, ale też moja.

Słyszeliśmy, że skoro nie przepracowywałeś się na treningach, to możesz pograć dłużej, bo organizm nie jest wyeksploatowany.

Zgadza się, mój wiek biologiczny jest dużo niższy niż prawdziwy. To też bierze się z mojego podejścia do życia, werwy. Może się później urodziłem i ktoś 1982 rok wpisał przez pomyłkę? Nie czuję się na 32 lata.

A na ile?

27, maksymalnie. A podejście do życia mam takie, jakbym był dwudziestolatkiem. Dobrze też znoszę obciążenia. Kiedyś po meczu długo do siebie dochodziłem, teraz mogę grać dwa razy w tygodniu i świetnie się czuć.

Dziś trudno wygonić cię z treningu.

Lubię po zajęciach porozmyślać, pochodzić po boisku, wizualizować mecze. Marcin Gortat powiedział w wywiadzie, że przyjemnie mu się siedzi w mieszkaniu i patrzy na ścianę. Mam podobnie. Nie kryję, że lubię spędzać czas sam, kiedy nikt mi nie truje. Przejść się, poodychać głęboko. Dla wielu jest to dziwne, dla mnie nie. To mój sposób na relaks.

Miałeś kiedykolwiek jakieś problemy w szatni?

W Ruchu szatnia była specyficzna. Długo nie mogłem się przestawić. Jak zwykle chciałem być w centrum uwagi, młody Madej nie dawał sobie wejść na głowę. Dziś młodzi mają super. Szacunek do starszych musi być, ale wszyscy w grupie funkcjonują na takich samych zasadach. Kiedyś we czterech musieliśmy nosić bramkę na trening – metalową! Dziś aluminiową niesie cała drużyna. Za wcześnie się urodziłem.

Już nie podskakujesz trenerom?

Zawsze miałem dużo do powiedzenia, często nie zgadzałem się z decyzjami trenerów, mówiłem im o tym. Ech, chciałbym mieć dziś 22 lata i obecny rozum… Różne rzeczy się tym trenerom mówiło.

Jakie?

Takie, których dziś bym nie powiedział. Trener zwracał uwagę, jak mam grać, mówiłem, że nie ma racji, powinno być inaczej. Wiem, wiem, nie patrzcie tak na mnie. To było głupie. Może gdyby trenerzy więcej ze mną rozmawiali… Brakowało mi…

Pokory?

Pokory też, ale i właściwego podejścia. Nie chciałem słuchać, potrafiłem powiedzieć, że się z czymś nie zgadzam. Z wiekiem człowiek mądrzeje, wyciąga wnioski. Nie patrzę w przeszłość, bo to po prostu już było.

Miałeś „szczęście” do klubów, które nie były najlepiej zorganizowane. Gra w Górniku podtrzymuje tę tradycję.

Wszędzie były problemy, ale gdzieś tam na końcu wszystko się od tych klubów odzyskiwało. Zabrakło spokoju, stabilizacji, w dobrym klubie osiągnąłbym więcej.

Robert Warzycha powiedział o waszych kłopotach: Jak wychodzimy na boisko, hasło „problemy” nie istnieje.

Spotkaliśmy się z panią prezydent Zabrza, zadeklarowała: „Górnika nie zostawię”. To dla nas jasny sygnał. Stanowimy grupę chłopaków po przejściach, którzy znaleźli wspólny język, potrafią spędzać ze sobą czas. Szatnia żyje, choć ma świadomość problemów.

Nie boisz się, że znowu na obietnicach się skończy?

Problemy są, pewnie nie znikną w całości, ale wierzymy, że wszystko skończy się pozytywnie. Będzie stadion, pani prezydent się mocno zaangażowała. Nikt w klubie nie chce nas oszukać, Górnik wyjdzie na prostą, zobaczycie.

Długo wytrzymacie? Problemy rozbiły już niejedną drużynę.

W dniu meczu nie myślimy o kłopotach. Owszem, pieniądze są dla nas ważne, nikt tego nie ukrywa. W szatni możemy rozmawiać o zaległościach przez sześć dni w tygodniu, ale potem zbliża się mecz i tematu nie ma. Mamy teraz mieć płacone wszystko na bieżąco, a więc widać światełko w tunelu, i to nie gdzieś daleko, ale całkiem blisko. Zawsze powtarzam, że na papierze jestem bogatym człowiekiem.

W Górniku nazwali cię przywódcą drugiego stopnia. Rządzą Adam Danch i Radosław Sobolewski, ale ty też spełniasz ważną rolę. Młodzież słucha?

Mam luźne podejście do życia, z każdym się dogadam, młodym czy starszym. W ogóle się świetnie uzupełniamy w szatni. Wiadomo, ostatnie zdanie należy do Adasia Dancha.

Przecież on rzadko się odzywa.

Ale jak już coś powie... To chłopak stąd, szanowany, lubiany. Do tego „Sobol”, fighter.

Ty jesteś od czego?

Od rozładowywania atmosfery, powiedzenia pozytywnego słowa. Zebrała się fajna grupa, ludzie po przejściach, którzy znaleźli wspólny język i swoje miejsce. Często rozmawiam z młodymi, każdy z nich popełni błędy, absolutnie nie chcę być dla nich ojcem. Sam tyle razy zbłądziłem, że nie mam prawa ich krytykować. Jest paru chłopaków, którzy dobrze rokują, ale nie będę im mówił: nie rób tego czy tego. Nie chcę być ich nauczycielem, bo wciąż czuję się młodo. Czy im imponuję? Chciałbym, aby na moim przykładzie czegoś się nauczyli. Kiedy byłem młody, starsi mi imponowali.

Kto?

Grzesiu Krysiak zawsze był super ubrany.

Piłkarsko kto ci imponował?

Miałem idola, zapowiadano mnie nawet na jego następcę w ŁKS. Nazywał się Tomek Wieszczycki. Pamiętam, że podałem mu swoją pierwszą piłkę w ekstraklasie. Wszedłem w meczu z Odrą Wodzisław i zagrałem do Wieszcza. Samo to, że mogłem być w tej szatni, która rok wcześniej świętowała mistrzostwo Polski, już było wielkim przeżyciem. I jest do dziś, bo jak o tym opowiadam, aż dreszcze przechodzą.

Piłkarze w naszej lidze są przepłacani?

Zacznijmy od tego, że w naszym kraju nie szanuje się piłkarza. Rozmawiałem o tym z Błażejem Augustynem, tam – abstrahując od poziomu polskiej ligi i Seria A – zawodnicy są inaczej traktowani. W Polsce się nas piętnuje, ciągle wypomina, ile zarabiamy. Nie mówię, na papierze zarabiam bardzo dobrze, tylko nie zapominajmy, ile czasem czekamy na wypłaty. Co z tego, że mamy pieniądze na papierze? W Polsce jest Lech, Legia, a inne kluby? Wiemy, jakie mają problemy.

W Legii młodzi, którzy nie mogą się przebić w lidze, zarabiają 15 tysięcy złotych miesięcznie. Nie za dużo?

To Legia, najlepszy klub w Polsce. W naszej piłce jest kilka klubów, w których możesz zarobić i się ustawić, ale wiele jest takich, w których nie zarabia się niebotycznych pieniędzy. Poruszyliśmy głębszy problem, w ekstraklasie jest wielu słabych zawodników, którzy za dobrze zarabiają. Z tym się zgodzę. Są też zawodnicy, którym się należy.

Wiadomo, panowie piłkarze.

Są zawodnicy przepłacani, ale to urok każdej ligi, nie tylko naszej. Niemca jest na wszystko stać, Niemiec nie patrzy na piłkarza z zazdrością. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że w Górniku nie płacą cztery miesiące, w innym klubie pięć, w kolejnym dwa. Wiem, zaraz powiecie, że się nie należy, bo weryfikują nas europejskie puchary. Ale i tak polska liga jest lepsza niż słowacka czy białoruska.

Wow!

Jeżeli chcemy grać w Lidze Mistrzów, to musimy proponować lepsze pieniądze. Legia grała z Trabzonsporem i słyszałem, że jest faworytem. To się pytam, jak może być faworytem, skoro Turcy płacą Bosingwie 2 mln euro rocznie. Jeżeli Legię będzie stać na takiego zawodnika, to zwiększy się prawdopodobieństwo, że w końcu awansuje do Ligi Mistrzów. Nie zrobimy następnego kroku, dopóki nie będziemy ściągać takich zawodników.

Dlaczego wasza ekipa, juniorskich mistrzów Europy, nie zrobiła takich karier, jak się zapowiadało? Nie byliście tak dobrzy, jak wszyscy myśleli?

Teraz młodzi mają większą świadomość. My nie byliśmy mentalnie przygotowani. Nie pamiętam, żeby ktoś, mając naście lat, przychodził wcześniej na salkę i ćwiczył dodatkowo. Był też inny problem. Kiedy do kraju wróciliśmy jako mistrzowie Europy, trenerzy bali się nas wystawiać.

Brakowało im odwagi?

Zdecydowanie, był zamknięty krąg – jesteś młody, masz czas. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby teraz polscy juniorzy zdobyliby mistrzostwo Europy? Dmuchano i chuchano by na nich, byliby rozchwytywani. My mieliśmy ciężko, mówię to jako rzecznik prasowy tamtego zespołu.

Może twoim problemem był brak regularności? Trenerzy woleli gorszych piłkarzy, ale bardziej przewidywalnych?

Zgadzam się, nie byłem regularny. Nie miałem świadomości, nie byłem fizycznie przygotowany do gry w ekstraklasie. Czytałem w książce o Inieście, że kiedy miał 18 lat, to trenerzy ułożyli dla niego trening fizyczny, wzmocnili go. Mnie tego brakowało, na siłowni zacząłem więcej pracować w wieku 30 lat. Czysto piłkarsko nasze pokolenie było duże lepsze, ale brakowało przygotowania. Teraz szkolenie idzie w dobrym kierunku, Legia jest najlepszym przykładem, jak się pracuje z młodymi.

Na jednym boisku dla dwunastu grup młodzieżowych.

Mimo to potrafili wychować Wolskiego czy Furmana, kolejnym kandydatem do wyjazdu jest Żyro. W Lechu też są perły, Linetty czy Kownacki, największy talent, jaki pojawił się w polskiej piłce w ostatnich latach. Kiedy miałem tyle lat co on, potrafiłem coś zrobić z piłką, ale byłem chucherkiem. On ma 17 lat i jest napakowany. Trenerzy inaczej go prowadzą, jego świadomość też jest większa. Ale są w klubach inni juniorzy, którzy za moich czasów nie weszliby na boisko. Zrobiła się taka moda na stawianie na nich. Dobrze, niech korzystają. Jeszcze dużo wody upłynie w Wiśle zanim mnie wygryzą.

źródło: Przegląd Sportowy



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2020 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online