Jan Żurek: Górnik musi przejść gruntowny remont

Tydzień po spadku z ekstraklasy szkoleniowiec Górnika próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie postawione w Niecieczy: „dlaczego, dlaczego, dlaczego!?” 

Na konferencji po ostatnim meczu w Niecieczy trzy razy pytał pan „dlaczego, dlaczego, dlaczego!?” Już pan wie?
- Nigdy nie ma jednej przyczyny. Najłatwiej powiedzieć, że przez jeden błąd w kryciu Bartka Kopacza przy golu Wojciecha Kędziory. To oczywiście zbyt duże uproszczenie. Górnik bardzo źle wszedł w sezon, przecież nawet na moment nie wyszedł ze strefy spadkowej. Drużyna od 2-3 lat z rundy na rundę traciła najlepszych i najważniejszych piłkarzy. Przychodzący w większości przypadków na pewno nie byli lepsi, a ci, którzy zostali, byli o rok-dwa starsi, częściej mieli problem ze zdrowiem. Magiera, Przybylski, Sobolewski... Nie było przez cały rok egzekutora, który dałby gwarancję choćby 8-10 goli. Przyczyny można wymieniać długo.

Robert Warzycha mówił, że wystarczyło latem pozwolić na dwa transfery; bramkarza i napastnika.
- Moim zdaniem, widząc co działo się potem przez cały sezon, to by nie wystarczyło. Lato ubiegłego roku zostało przespane, bo już poprzednia wiosna pokazała, że ta kadra potrzebuje zmian i dopływu świeżej krwi. Ale oczywiście byłoby dobrze, gdyby napastnik do nas trafił. Rok temu, pół roku temu...

Pół roku temu trafił Jose Kante. Jak dziś go pan ocenia?
- I dobrze, i źle. Źle, bo piłkarz przedniej formacji, który przez pół roku nie strzela gola i zalicza jedną asystę, po prostu się nie broni. Jose to jednak nie jest napastnik, a jako taki piłkarz został do Zabrza ściągnięty. Mimo to miał dobry okres w środku wiosennej rundy, wtedy dawał drużynie jakość. W końcówce miał problem z kolanami, wcześniej nigdy tak nie trenował jak w Polsce.

Może trzeba było próbować kogoś innego?
- Kogo? Górnik wiosną musiał wygrywać, bo gonił rywali. Innym remisy wystarczyły, nam nie. Tymczasem w ofensywie poruszaliśmy się w gronie 4-5 piłkarzy i w tym był Kante, który nie strzelał goli. Sebastian Steblecki jest fajnym chłopakiem i chce pracować, ale gra bardzo nierówno. Powiem panu, że wystawiłem go na Legii w ataku po tym, jak zobaczyłem jego występ w... Turbo-kozaku, którego zresztą wygrał. I jeszcze Roman Gergel, który wiosną bardzo chciał, ale tak niewiele mu wychodziło...

Pana poprzednik mówi, że ostatnie mecze pokazały dobre przygotowanie zimowe Górnika do rundy wiosennej.
- Wiem, że psychika zabija motorykę i nie jestem zwolennikiem odnoszenia się do pracy poprzedników, ale widzieliśmy Górnika w pierwszych tygodniach tego roku. Rozmawiałem też z piłkarzami, którzy dzielili się swoimi uwagami. Powiem tak, kiedy przejąłem zespół musieliśmy wykonać bardzo dużo pracy, by pod każdym względem zespół wyglądał lepiej. Nie mówię tylko o taktyce, bo każdy trener ma swój pomysł na grę drużyny.

To porozmawiajmy o personaliach. Które z transferów przeprowadzonych przez klub w tym sezonie się „obroniły”?
- Wystarczy spojrzeć na skład Górnika z końcówki sezonu. Obronił się Marcis Oss. Solidny obrońca, skuteczny w tym co robi. Mimo wszystko obronił się Ken Kallaste, choć też chciałbym, by dołożył coś w ofensywie, bo tego wymaga się dziś od bocznych defensorów. Ale ilu takich graczy w lidze mamy? Nie zawiódł Szymon Matuszek. Przygotowaliśmy go do gry na nieco innej pozycji, zagrał na niej i zdał egzamin, o ile można tak mówić w przypadku piłkarzy drużyny, która spadła z ligi. Pytanie jest jednak inne: czy akurat na te pozycje Górnik potrzebował zawodników? Czy naprawdę trzeba było sprowadzać tylu defensywnych graczy? W pewnym momencie było pięciu prawych obrońców i przyszedł Paweł Golański. Trudno mi wytłumaczyć, dlaczego nie grał Mariusz Przybylski, odstawiony od drużyny. Jego przywrócenia do gry było moją pierwszą decyzją. Na boisku Legii, mistrza Polski, gdzie zagrał od pierwszej minuty. A Rafał Kurzawa? Armin Cerimagić? Rafała „goniono” z Górnika kilka razy. Ci piłkarze w klubie byli, brali pieniądze, a sprowadzano innych. Akurat ta grupa w końcówce sezonu udowodniła, że nawet po spadku warto na nich coś budować.

Wiele różnych ocen wywołała pana decyzja o odsunięciu od zespołu trzech piłkarzy, na czele z Łukaszem Madejem. Nie było momentu, w którym pomyślał pan, że może nie trzeba było reagować tak stanowczo?
- Nie. Widziałem szatnię przed tą decyzją i po niej. Łukasz ma 34 lata. Piłkarz w tym wieku, jeżeli ma być w drużynie, to musi dawać jakość na boisku, ale też być wzorem zachowania, pracowitości, profesjonalizmu i podejścia do treningu, czyli wykonywania poleceń i realizacji założeń. Bo młodzi patrzą i często tych „starych” naśladują. Ściągnięcie i rzucenie koszulką było karygodne, ale to naprawdę fragment większej całości. Łukasz to wieczny malkontent, cały czas nastawiony na „nie”, po meczu z Wisłą też nie wykazał skruchy. Nie dało się tak pracować, tym bardziej w naszej sytuacji. Pozostała dwójka nie dawała jakości, więc uznałem, że nie ma sensu trzymać ich w szatni. Powiem nawet więcej: gdyby to był inny, bardziej odpowiedni moment, to jeszcze kilku zawodników powinno wtedy przestać trenować z pierwszym zespołem. Ale tego wątku nie chcę rozwijać. Sezon się skończył, teraz jest czas na podjęcie kilku ważnych, ale przemyślanych i odpowiedzialnych decyzji. O coś jesteśmy wszyscy mądrzejsi. Ale wrócę do pytania. Przecież na Madeja stawiałem, grał w pierwszych meczach po moim przyjściu. Każdy ma prawo do swojej oceny, ale to ja byłem w szatni i widziałem co się dzieje. I zawsze mogę zadać pytanie, kiedy częściej punktowaliśmy – z tą trójką czy bez niej?

Gdyby wskazał pan jednego piłkarza, którego w decydujących momentach Górnikowi zabrakło?
- Piłkarsko oczywiście egzekutora, ale w kontekście drużyny i walki o utrzymanie to nie mam wątpliwości, że Radka Sobolewskiego. Miałem łzy w oczach, kiedy powiedział „trenerze, nie dam rady”. Radek nawet w tym wieku, ale zdrowy, mógł dać nam to, czego drużynie zabrakło. Przywódcy na boisku, lidera, który w trudnym momencie wciąłby to w garść... Mamy wielu bardzo fajnych chłopaków, ale tych cech zdecydowanej większości zabrakło. Szczególnie kiedy stres i presja z każdym meczem wciąż rosły. Stebleckiemu we wspomnianym Turbo-kozaku wychodziło wszystko. Bez presji rywala i bez stresu. Widzieliśmy to w Niecieczy, kiedy w ostatnich 30 minutach wszystko było tylko w naszych głowach i nogach. Po strzeleniu gola przez Termalicę zaczął się chaos, niewiele dały zmiany, zza linii nic już nie można było zrobić. Graliśmy archaiczną piłkę, nikt nie wziął na siebie ciężaru i odpowiedzialności.

Wielu mówi, że ten mecz to Górnik w pigułce. Oczywiście w tym sezonie.
- I tak, i nie, bo Górnik miał w tym sezonie różne oblicza. Przecież ostatnio naprawdę świetnie broniliśmy, a w Niecieczy gol został stracony w najprostszy z możliwych sposobów. Po rzucie rożnym, kiedy Kędziora nawet nie musiał wyskakiwać do główki... Żal mi było Bartka Kopacza. Miał naprawdę dobrą rundę, zrobił duży postęp, dał Górnikowi kilka punktów i proszę mi wierzyć, że to od niego zaczynałem ustawianie defensywy. To był błąd bardzo kosztowy, podobnie jak pudło Romana Gergela, ale czy w klubie nie popełniono w tym sezonie błędów większych i bardziej kosztownych?

Po kilku meczach bardzo napięte były relacje drużyny z kibicami. Jak dziś pan je ocenia?
- Złożony problem. Mieszkam w Zabrzu od kilkudziesięciu lat. Spotykam kibiców na zakupach i na ulicy. Widziałem jak to przeżywali i jak tym żyli. Jak się angażowali emocjonalnie. W ilu miastach na mecz z Koroną przyszłoby blisko 20000 ludzi i przez 90 minut wspierało zespół? To było kapitalne. Ale obrażanie i wyzywanie zawodników po kilku meczach, żądanie od nich koszulek, kiedy trwał sezon i kiedy wciąż byliśmy w grze... To nie pomagało, można było do końca wytrzymać ciśnienie. Mogliśmy mieć wiele uwag do gry, do skuteczności, do realizacji zadań taktycznych, ale nikt nie powie, że zawodnicy kończący sezon nie chcieli utrzymać drużyny w lidze.

Górnik w dyspozycji z wiosny... awansowałby do ekstraklasy?
- Trudne pytanie. Remisami ciężko się utrzymać, a już na pewno nie można awansować. Wiem jedno, łatwo nie będzie. Pierwsza liga jest specyficzna, każdy będzie chciał się Górnikowi „postawić”, wiele klubów „zamuruje” bramkę.

Co teraz?
- Górnik wymaga remontu. Byłby niezbędny nawet w wypadku utrzymania. Spadek boli, ale trzeba ten moment dobrze wykorzystać. Byłoby dobrze utrzymać blok defensywny. Ta drużyna ma dziś fundament, jednak musi być poprawiona jakość ofensywy. Klub czeka wiele trudnych rozmów o rozwiązywaniu umów, o ich renegocjacji, o wizji budowy zespołu. Żeby się żegnać, trzeba jednak kogoś zatrudnić. Trzeba szukać piłkarzy nastawionych na ciężką pracę i walkę, gotowych przyjść do Zabrza nie tylko dla pensji i zaliczenia kolejnego klubu. A nie będzie łatwo pozyskać dobrych piłkarzy. Trzeba odważniej postawić na młodzież, a nie jest prawdą, że jej w Zabrzu nie ma. Tylko trzeba z tymi chłopakami pracować, poświęcić czas, przygotować do gry w lidze. Jak kiedyś zrobiłem z Kosowskim, Kuźbą czy Prasnalem. Oni też mieli 18 lat. Powtarzam – Górnik musi przejść gruntowny remont. Spadek takiej firmy zawsze boli, ale będzie bolał podwójnie, jeżeli nie wyciągniemy z niego wniosków.

W jakiej widzi się pan roli?
- Chcę dla Górnika pracować. Dziś nie wiem, jaka będzie moja funkcja, ale prowadzę treningi, przygotowuję plan pracy, Górnika nie stać na zmarnowanie choćby jednego dnia. Mam poczucie, że zabrakło czasu, by zrobić coś więcej. Może gdyby liga trwała jeszcze miesiąc, to byśmy z niej nie spadli. Zobaczymy co przyniosą najbliższe dni. Wiem, że ten klub potrzebuje ludzi stąd, oddanych Górnikowi, którzy nie traktują pracy w Zabrzu jako „dniówki”. Mogę powiedzieć tylko tyle, że jestem do dyspozycji. Także jako trener.

źródło: Sport



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2020 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online