Forum
 

Mariusz Przybylski: Wciąż jest ambicja, by w ekstraklasie jeszcze pograć ()

Dwa tygodnie temu Mariusz Przybylski skończył 35 lat. I wciąż gra w piłkę, choć po kontuzji odniesionej trzy lata wstecz - 28 stycznia 2014 - walka o powrót na boisko trwała grubo ponad rok. Ów pech zaczął się... od starcia z kolegą z drużyny. Na zgrupowaniu w Turcji zderzył się z Borisem Pandżą. Potem były dwie operacje stawu skokowego, nazbierało się kilkanaście miesięcy bez futbolu... 

» Wypycha pan z pamięci ten feralny dzień i moment?
- Trudno je wypchnąć. Takie rzeczy się pamięta, skoro skutki tego wydarzenia odczuwam do dziś. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości coś z tym faktem zrobię.

» A co można z tymi dolegliwościami zrobić?
- Myślę o „kosmetycznym” zabiegu chirurgicznym: o wyczyszczeniu tych ścięgien, które dwukrotnie poddawane były operacji.

» Na czym polegają problemy?
- Noga szybciej się męczy. Przepływ krwi jest po prostu słabszy.

» Z tyłu głowy też ma pan myśl: „Żeby się nie powtórzyło”? Jest ułamek sekundy zastanowienia przed wejściem w boiskowe zwarcie z przeciwnikiem?
- Nie. Pamiętam jeden z pierwszych moich meczów po powrocie na boisko - z Lechią Gdańsk. W samej końcówce, przy linii bocznej, poszedłem na piłkę stykową z obrońcą rywali (Nikolą Lekoviciem - dop. red.). Trafił mnie w tą nieszczęsną prawą nogę. Wytrzymała, a on... wyleciał z murawy z czerwoną kartką. Jak widać - nie kalkuluję!

» Czytałem parę wywiadów z panem po powrocie na murawę. Używał pan tam bardzo specjalistycznych pojęć: więzozrost piszczelowo-strzałkowy, więzadła ATFL i CTFL, kwas hialuronowy. Nie ciągnie pana do bliższych - zawodowych - związków z medycyną, fizjoterapią?
- Absolutnie nie! Po prostu trochę się z tą moją kontuzją namęczyłem, więc te zwroty - wielokrotnie przez lekarzy powtarzane - zostały w głowie.

» Wykorzystał pan w jakiś sposób ten okres rozbratu z boiskiem?
- Miałem wreszcie więcej czasu dla rodziny! I... dość ograniczone możliwości robienia czegokolwiek innego, skoro bardzo długo po obydwu operacjach musiałem poruszać się o kulach. Pierwsze co robiłem po przebudzeniu, to... szukałem właśnie ich. A że nie znosiłem tego, myślałem przede wszystkim o tym, jak się ich pozbyć.

» Nieco złośliwe powiedzenie mówi, że „Chory mężczyzna to nieznośny mężczyzna”. Rodzina z rekonwalescentem wytrzymała?
- Trzyletnia córka na pewno była zachwycona, że tato jest w domu. A żona? Pewnie ją trzeba by zapytać o odczucia. Ale chyba nie było źle (śmiech).

» Źle było za to w maju 2016 - ale już w wymiarze sportowym. Przeżył pan drugi w życiu spadek z ekstraklasy z Górnikiem. Kiedy było trudniej poukładać to sobie w głowie: w 2009 czy teraz?
- Za pierwszym razem nie było zbyt wiele czasu na myślenie o tym; przyszedłem do Górnika w zimie, w połowie sezonu zakończonego spadkiem. Miałem wrażenie, że wiosna nie była najgorsza - grałem bardzo dużo - a jednak się nie udało. Teraz było inaczej. Już jesienią nie bardzo na mnie stawiano, a w zimowym okresie przygotowawczym w ogóle zostałem odstawiony od pierwszej drużyny. Wróciłem do niej na końcówkę sezonu, walczyliśmy do ostatniej minuty ostatniego ligowego meczu. I znów bez sukcesu... Myślę, że ten drugi spadek jednak był boleśniejszy. Dziś mam 35 lat, a nie 27 - jak przy pierwszej degradacji. Perspektywy zupełnie inne, a przecież wciąż jest ambicja, by w ekstraklasie jeszcze pograć. Najlepiej... już za pół roku, choć na pewno wiosna będzie bardzo trudna. Strata do miejsc premiowanych awansem jest duża.

» No właśnie. Siedem lat temu Górnik też „zimował” z dala od podium, ale wiosną awans wywalczył. Da się jakoś porównać te dwie drużyny - tę z sezonu 2009/10 i tę obecną?
- Nie, bo sytuacje wyjściowe były zupełnie inne. Wtedy po spadku została przy Roosevelta niemal cała drużyna, w tym parę naprawdę wielkich nazwisk. Teraz klub z większością podstawowych zawodników z ekstraklasy się rozstał, stawiając na młodzież. Nawet więc nie chciałbym porównywać tych dwóch zespołów. Tylko atmosfera w szatni wciąż jest ta sama - chyba najlepsza w Polsce.

» No właśnie. Widział pan z bliska tę przebudowę składu, punkty uciekające Górnikowi w kolejnych meczach ligowych... „Zadzwonił” panu w sierpniu - może wrześniu - dzwonek ostrzegawczy: „Tym razem może być trudniej niż siedem lat wstecz”?
- Nie jest łatwo, to prawda. Szybko przekonaliśmy się, że już na samą nazwę - Górnik Zabrze - każdy rywal mobilizuje się dużo bardziej, niż na inny zespół. Czujemy to w każdym spotkaniu. Pogubiliśmy sporo punktów, to prawda, ale... ja zawsze szukam raczej pozytywów. A te były: przecież w każdym z meczów z zespołem ze ścisłej czołówki - w Chojnicach, w Katowicach, w Sosnowcu - prowadziliśmy! Boli, że nie potrafiliśmy dowieźć tego prowadzenia - dziś bylibyśmy w innym miejscu tabeli i zupełnie inaczej by na nas patrzono. Ale to dowód, że możemy z każdym grać jak równy z równym. Więc liczymy przede wszystkim na dobry początek wiosny, który do samego końca rozgrywek pozwoli nam zachować szanse i nadzieje na awans. W końcu zostało jeszcze 15 meczów.

» Tylko pan i Adam Danch zostali z ekipy, która w 2010 wróciła do ekstraklasy. To chyba dowód na to, że dziś właśnie pan powinien być jednym z tych, który „młodych” w szatni czasem złapie za kark, czasem nimi potrząśnie, a potem krzyknie do reszty ekipy: „Panowie, weźcie się w garść!”.
- Nie... Nigdy nie miałem takich cech przywódczych, do tego trzeba mieć predyspozycje. Nie wykorzystuję w szatni tego, że „z wiekiem można więcej”. Jeżeli mam wpływać na chłopaków, to niech to się dzieje przez „robienie swojego” na treningach i postawę na boisku.

» Zmieniała się szatnia Górnika, zmieniało się też przez lata otoczenie. Wierzył pan, że doczeka gry na nowym stadionie?
- Wierzyłem, choć faktycznie opóźnienia były i parę razy termin inauguracji stadionu przesuwano. Ale się doczekałem!

» Górnik stworzył panu okazję do pracy z wieloma naprawdę znanymi i uznanymi szkoleniowcami. Z selekcjonerem na przykład...
- Przed selekcjonerem był jeszcze Henryk Kasperczak, choć z nim pracowałem ledwie kilka miesięcy. Najdłużej - rzeczywiście z Adamem Nawałką!

» Mateusz Kamiński - wtedy piłkarz Górnika, który znał trenera Nawałkę z GKS-u Katowice - mówił, że w Zabrzu wielu się zdziwiło sposobami i metodami pracy tego szkoleniowca. Prawda to?
- Tak. To było coś nowego. Tym bardziej, że początki były trudne. Pamiętam jeden z pierwszych wiosennych meczów pod jego opieką: przegraliśmy w Nowym Sączu strasznie ważne spotkanie. Ale trener nie pozwolił nam zwątpić w siebie. No i awansowaliśmy!

Więcej w "Sporcie".

źródło: Sport



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online