Łukasz Wolsztyński: Powoli trzeba już mówić, że to dla nas mecz o być albo nie być ()

- Czuję się bardzo dobrze. Mam nadzieję, a nawet pewność, że jeśli nadal będę dbał o kolano i uważał na siebie, to wszystko będzie OK – mówi Łukasz Wolsztyński w rozmowie z "PS".
» Pamięta pan, ile razy do tej pory grał z Zagłębiem Sosnowiec?
Łukasz Wolsztyński (skrzydłowy Górnika): - Na pewno w pierwszej lidze w Górniku Zabrze... I w drugiej lidze w Limanovii. Więcej chyba nie. Na pewno nie. 

» I w obu tych spotkaniach zdobywał pan bramki.
- A, to prawda. Dobrze pamiętam, bo do tej pory nie nastrzelałem ich znowu tak dużo.

» Jest też niepokojąca informacja – te mecze z Zagłębiem Sosnowiec pana drużyny przegrały, zresztą oba u siebie.
- W Limanowej po moim strzale prowadziliśmy już 2:0, a potem zrobiło się 2:4 i na koniec drugiego już karnego na 3:4 wbił Martin Pribula. Wtedy jeszcze występował w Limanovii, bo potem poszedł właśnie do Zagłębia. A w Zabrzu goście prowadzili 1:0 po strzale Konrada Michalaka, ja wyrównałem głową po zagraniu Rafała Kurzawy z rzutu rożnego. Miałem wtedy świetną serię, sześć goli w sześciu meczach. Zwycięską bramkę dla Zagłębia na minutę przed końcem zdobył Michał Fidziukiewicz, obrócił się na plecach z Suarezem i niestety trafił.

» Pamięta pan wszystko ze szczegółami, jestem pod wrażeniem. To na pewno wie pan, że wtedy w pierwszej lidze przegraliście też w Sosnowcu 1:2.
- Jasne, że wiem, choć wtedy nie było mnie na boisku. Generalnie Zagłębie ugrało na nas 6 punktów, ale my awansowaliśmy do ekstraklasy. Na koniec to się liczyło.

» W Limanowej nie było tak pięknie, a mówiąc wprost skończyło się najgorzej – Zagłębie awansowało, a Limanovia spadła. Czuł się pan wtedy jak na zesłaniu, z którego trudno wrócić do większej piłki?
- Razem z bratem pobyt w Limanowej traktowaliśmy jak pożyteczne doświadczenie. Mieliśmy skończone 20 lat. Jeszcze młodzieżowcy, ale już decydujący moment dla całej kariery. Potrzebowaliśmy z Rafałem regularnego grania w seniorskiej piłce. To była dla nas ostatnia deska ratunku i pod tym względem występy w Limanovii, choć tylko przez pół roku, były dla nas bardzo pożyteczną szkołą. To doświadczenie później procentowało. Wierzyliśmy, że gdy wrócimy do Zabrza, zaczniemy wreszcie grać w pierwszym zespole.

» Ale tak nie było.
- Mówiąc ściślej: nie było tak od razu. Graliśmy w trzecioligowych rezerwach, więc poszliśmy na jeszcze jedno wypożyczenie do Legionovii. Tam był lepszy wynik. I wtedy przyszedł do Górnika Zabrze trener Marcin Brosz. Dał nam szansę, wykorzystaliśmy ją. No, a potem już wszyscy znają naszą historię. Awans, ekstraklasa.

» Zimą doszło jednak do rozdzielenia bliźniaków. Rafał Wolsztyński jest już w Widzewie, czyli po raz trzeci w drugoligowym klubie. Jak po tylu sezonach czuje się pan bez wsparcia brata w drużynie?
- Ta decyzja była ważna właśnie dla niego. Wiedzieliśmy, że w Górniku będzie miał nikłe szanse na grę. Poszukał klubu z wielką historią, z ambicjami, z nowoczesnym i zapełniającym się stadionem. Chcę, żeby grał, a nie żeby tylko był ze mną w Zabrzu. Jesteśmy cały czas w kontakcie, dzwonimy do siebie non stop, gadamy o wszystkim.

» Przyjedzie na mecz z Zagłębiem Sosnowiec?
- Pewnie nie miałby na to czasu, ale jest nadzieja, że się pojawi. Akurat 23 lutego nasz tata obchodzi urodziny, więc Rafał bardzo chce przyjechać.

» Skoro dwa razy przegrywał pan z Zagłębiem Sosnowiec, to trzeba liczyć, że zadziała zasada do trzech razy sztuka?
- Niech się karta odwróci i tym razem ja nic nie strzelę, ale za to drużyna wygra. Powoli trzeba już mówić, że to dla nas mecz o być albo nie być. Tym bardziej dla nich.

» W ubiegłym roku zerwał pan więzadła w kolanie. Zostały jeszcze jakieś ślady tej kontuzji?
- Już nie. Cieszę się, że dobrze przepracowałem okres przygotowawczy. Czuję się bardzo dobrze. Mam nadzieję, a nawet pewność, że jeśli nadal będę dbał o kolano i uważał na siebie, to wszystko będzie OK.

» Rozumiem, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pan grał tak jak jesienią 2017 roku, kiedy świetnie współpracował pan z Igorem Angulo. Wtedy hasło „Łukasz Wolsztyński do reprezentacji” wcale nie brzmiało abstrakcyjnie.
- Nawet dostałem jasny sygnał od trenera Adama Nawałki, że jeśli utrzymam formę, dostanę powołanie. Pojechał na kadrę Damian Kądzior, pojechał Rafał Kurzawa, a ja miałem być tym trzecim z Górnika. I potem kontuzja. Kilka łez się polało, bo szczęście było na wyciągnięcie ręki. Trudno, teraz patrzę w przyszłość. Może jeszcze będzie pięknie, może kiedyś dostarczę mocnych argumentów Jerzemu Brzęczkowi.

» Ile pan stracił przez kontuzję, pokazują też zagraniczne transfery Kądziora i Kurzawy.
- Oczywiście, że tak. Był popyt na piłkarzy Górnika i ja też znalazłem się w kręgu zawodników wywołujących zainteresowanie skautów. Ale nie ma już sensu tego rozdrapywać.

» Marcin Brosz po wygranej z Wisłą Kraków (2:0) stwierdził, że to był Górnik przypominający drużynę z poprzedniego sezonu.
- Nam na boisku też się tak wydawało. Piłka cały czas chodziła między nami, nakręcaliśmy się każdą dobrą akcją, a gole były tylko efektem. Powinniśmy strzelić ich kilka więcej.

» Z Pogonią Szczecin nie było już tak obiecująco.
- Nie zdołaliśmy jej dorównać. Nawet przy naszym prowadzeniu czuliśmy, że rywal jest lepszy. Nasza bramka na 1:0 zaciemniła obraz. Jednego gola straciliśmy po moim błędzie. Z boku boiska faulowałem, rzut wolny i piłka w siatce. Boli, ale trzeba wziąć na klatę i szykować się na mecz z Sosnowcem.

źródło: Przegląd Sportowy



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2020 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online