"Mówcie mi Carlos!"

Adam Marciniak ma swoje pięć minut. Marek Chojnacki - piłkarski "ojciec" lewego obrońcy zabrzan - mówi jednak, że takich chwil chwały młodziak mieć jeszcze będzie wiele.
Takie gole - przyznaje to nawet sam autor trafienia - zdarzają się być może raz w życiu. W każdym razie Adam Marciniak nie jest specjalistą ani od goli zdobywanych z dystansu, ani tych z bliska. Ba, nie jest w ogóle specem od bramek. - Dziewięć lat miałem, gdy ówczesny trener trampkarzy ŁKS-u, Robert Grzywocz, mistrz Polski z roku 1958 (pochodzący zresztą ze Świętochłowic - dop. red.), pozbierał grono rozbieganych dzieciaków i ustawił mnie na lewej obronie. I tak już zostało. Więc nie mogę mieć zbyt wielu goli na koncie - uśmiecha się niespełna 21-letni zawodnik Górnika Zabrze. Ten zdobyty w niedzielę - fantastycznym uderzeniem z 40 metrów - był drugim w jego ekstraklasowej przygodzie. Pierwszego strzelił w barwach ŁKS-u, w meczu w Lubinie. Był on odmienny pod każdym względem. - Wepchnąłem piłkę do siatki z metra. Prawą nogą, którą mam zdecydowanie słabszą od lewej. Jedyna wspólna rzecz to wynik. Z kroczącym po mistrzostwo Zagłębiem zremisowaliśmy 1:1 - wspomina zawodnik.
To było całkiem niedługo po jego debiucie w seniorskiej piłce. 17-latka w gronie ŁKS-owych juniorów wyłowił Wiesław Wojno, ale dopiero Marek Chojnacki pozwolił mu na ligowy występ. - Powiedzmy to sobie uczciwie: Adam wywalczył miejsce nie talentem, ale pracowitością i... wytrzymałością. Techniki i taktyki można się nauczyć, nawet będąc całkiem surowym. Tych dwóch wrodzonych cech niczym innym zastąpić się nie da - podkreśla Chojnacki. - Chłopaki w ŁKS-ie zawsze się śmiali, że to mój tata - tak owego szkoleniowca wspomina dziś sam Marciniak. Skojarzenie nie jest bynajmniej przypadkowe: Adam w okresie gry w Łodzi przeżył rodzinna tragedię, czyli właśnie odejście ojca. Więc obecność kogoś, kto dodawał mu wiary w siebie, była mu niezbędna. Choć tak naprawdę tej wiary mu nie brakowało. - Chyba każdy lewy obrońca chciał w którymś momencie przygody z piłką być Roberto Carlosem. Mnie to też nie ominęło - uśmiecha się dziś piłkarz Górnika. Gol zdobyty w niedzielę bardzo go do sylwetki jego idola przybliża. Ale - po pierwsze - Marciniak do rzutów wolnych nie podchodzi. Po drugie zaś, nosi zupełnie inna ksywkę. - Kiedyś Sebastian Kęska i Robert Łakomy wymyślili, że jestem podobny do Francka Ribery'ego. Reszta to podchwyciła i teraz nawet w Zabrzu tak mnie nazywają - mówi.
Te koleżeńskie więzy - choćby takie z odrobiną przekory - są dla młodziaka bardzo ważne. Choćby z tego względu, że "jego pani" - jak mówi o swej sympatii, Darii - z racji obowiązków zawodowych (pielęgniarka) pozostała w Łodzi. - A ja na miejscu nie usiedzę. Nawet kiedyś kierowano mnie do neurologa, z podejrzeniem ADHD - opowiada. W Zabrzu "wyskakuje" więc a to na bilard, a to na kręgle. - I odbieram SMS-y. Po bramce pierwsi odezwali się Mariusz Pawelec i Darek Sztylka ze Śląska, oraz Marcin Pająk z ŁKS-u i Piotrek Ruszkul - najlepszy kumpel jeszcze z okresu poprzedniej mojej gry w Górniku - przyznaje Marciniak.
Młody obrońca - często mylonego ze starszym ledwie o rok Arturem Marciniakiem z GKS-u Bełchatów, byłbym kapitanem reprezentacji Polski rocznika 1987 - w myśl kontraktu będzie piłkarzem Górnika jeszcze przez 3,5 roku. - Poradził sobie jesienią w naszej obronie, złożonej z samych "niemowlaków". W Zabrzu może iść już tylko do przodu - prorokuje Marek Chojnacki. Oby, bo może wynikną z tego równie piękne bramki, jak ta niedzielna...

źródło: Sport



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2021 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera]